Valencia -> dom cz.2
Posted by K & K
Po przyjeździe na dworzec główny w Dusseldorfie, zdobyliśmy mapkę z informacji turystycznej i ruszyliśmy szukać mieszkania naszego Coucha (Marcosa ???).
... wieczorem zdąrzyliśmy zrobić jeszcze zakupy (jak narazie w każdym miejscu dokąd trafiamy brakuje nam "starego, dobrego" całodobowego TESCO). Marcos ??? był bezstresowym artystą kamieniarzam, z elastycznymi godzinami pracy i planami wyjazdu na pół roku do Australi (trochę zwiedzając, trochę pracując i poznając tamtejszą sztukę kamieniarską). Spędziliśmy tam dwie noce, gdyż w Koloni nikt nas nie chciał ;) a Marcus nie miał nic przeciwko.
W sobotę rano stwierdziliśmy że tego dnia zwiedzimy Kolonię, a kolejnego sam Dusseldorf i ruszymy dalej. Właściwie przez całą podroż stosowaliśmy sprawdzony schemat - rano zwiedzamy miasto, a popołudnie było zarezerwowane na podróż w kolejne miejsce.
Idąc w stronę Kolonii szybko wyszliśmy poza zasięg mapy i dalej kierowaliśmy się drogowskazami. Trochę wybrzydzając szliśmy dalej i dalej, wypatrując dobrego miejsca na "łapankę"W We wszystkich miastach w Niemczech autostopowicze mają jeden problem. Droga wyjazdowa z miasta płynnie przechodzi w autostradę, bez postojów na wyjeździe z miasta. Dla kierowców to oczywiście raj, ale my musieliśmy się trochę natrudzić. Często ratowały nas różne postoje i stacje benzynoww. Tym razem jednak trafił nam się pewien zakręt na autostradzie... - nam odpowiadał;-) Było to jedyne miejsce, w którym samochody powinny zwolnić... hipotetycznie... bo prawie nikt nie zwalniał:). Co więcej był to zakręt w prawo, więc aby być widocznymi musieliśmy stanąć po lewej stronie. Jak na tak nietypowe miejsce, samochody o dziwo się zatrzymywały (oczywiście po prawej stronie, więc nabiegaliśmy się po tej autosradzie ;)
Wybraliśmy alfa romeo i dwóch "bussinesmanów", którzy podrzucili nas do jakiejś stacji metra w Koloni, skąd dotarliśmy do centrum. Tam pierwszy i obowiązkowy punkt to oczywiście wielka, niesamowita, jakby z innego świata - katedra. Widać ją było z daleka ponad innymi budynkami, jak zamek na jakimś wzgórzu. Na żadnym zdjęciu nie udało nam się oddać jej klimatu - była zbyt wielka :) i tu ciekawostka, w Kolonii obowiązuje prawo budowlane, które wprowadza zakaz konstrukcji budowli, które przewyższałyby czubki wież katedry.
Pospacerowaliśmy trochę po starówce, potem wzdłuż Renu do fabryki czekolady i z powrotem w stronę Dusseldoru. W całych chyba Niemczech ludzie, których spotykaliśmy byli bardzo pomocni, doradzali, gdzie najlepiej złapać stopa. Pomyliłem się oczekując ludzi zimnych w porównaniu z Hiszpanami. Lubię takie pozytywne zaskoczenia.
Stopowanie Kolonia - Dusseldorf to podróż dwa razy z tą samą osobą :) Najpierw podwiózł nas na jakiś dziwny zjazd na autostradę gdzie według niego łatwiej było złapać stopa (naszym jednak zdaniem tunel tuż za zakrętem wcale nie jest taki fajny :). Wspomniał że będzie trochę później jechał do Dussledorfu, więc jak jeszcze będziemy tam stać to nas zabierze. My tymczasem ruszyliśmy w stronę Dusseldorfu spacerkiem, podziwiając pobocze autostardy, na którym można spotkać mnóstwo królików/zająców (w każdym razie kicających czworonogów) i znaleźć różne cuda od piłek po kartę EKUZ. Następnego dnia w Dusseldorfie zanieślimy ją na posterunek. Gdy policjant zapytał gdzie ją znaleźliśmy, tylko się uśmiechnął gdy usłyszał odpowiedź.
Kolejna noc z Marcusem ;) a z rana wyścig F1 (przerwany z powodu deszczu), śniadanko i zwiedzanie Dusseldorfu. Miasto jeszcze spało we mgle, byliśmy jego odkrywcami ;) Gdzieś na starówce dzwony zawieszone na jednej z kamienic grały jakąś melodią dla przechodniów (w owej chwili - dwóch). Nad rzeką odbywał się targ z różnymi przysmakami a wśród nich - dania z Hiszpani :)
Gdy ludzie wylegli na ulice, my wróciliśmy na obiad i pożegnać naszego Coucha. Kolejny przystanek - Hannover.
Pierwszy życzliwy wysadził nas po kilkudziesięciu kilumetrach przy zjeździe do Mc. Niestety stołowali się tam tylko ludzie jadący do Dusseldorfu :D. Nie tracąc wiary ruszliśmy wzdłuż autosrady, przez naszą wybredność przeszliśmy kilka kolejnych zjazdów (były za blisko siebie - jak na autostrade, ale jak na nas z tobołami niekoniecznie ;), W końcu się zatrzymaliśmy się żeby odpocząć i może coś złapać. Kierowca zjawił się błyskawicznie :)
Również nie podwiózł nas daleko. Zaczynało się ściemniać gdy stanęliśmy przy wyjeździe ze stacji benzynowej na autostradę. Po pięciu minutach na stacji zjawiła się policja. Przeczuwając że to do nas zrobiliśmy sobie przerwę na kolację, odjechali. Gdy wróciliśmy na wyjazd, oni także wrócili, ale tym razem odrazu do nas podjechali. Gdy wysłuchaliśmy spokojnie do końca, powiedzieliśmy: "sory, but we don't understand". Potem policjant wyjaśnił nam po angielsku że nie można stać na autostradzie i mamy ostrzeżenie, a następny będzie mandat. Doradził też abyśmy popytali ludzi na stacji. Stały tam polskie TIRy (była niedziela więc nie mogły jechać), poza tym czasami ktoś się zatrzymywał. Pierwszy zapytany starszy pan powiedział że jedzie do Hannoveru i chętnie nas podrzuci. Polizei się przydaje ;)
Gdy dojeżdżaliśmy zadzwonił do naszej kolejnej Coucherki by zapytać gdzie nas dostarczyć (kolejny bardzo uczynny człowiek :). Około 23 byliśmy na miejscu (spóźnienie jakieś 3 godzinki). Brita i jej współlokator, typowi studenci w wielkim studenckim mieszkaniu zrobili dla nas kolację i dali kilka cennych wskazówek.
Rankiem oczywiście zwiedzanie. Zaczęliśmy od uniwerku - zamku. Udając studentów beztrosko poszwendaliśmy się w środku. Był to drugi z dwóch uniwerków które mieliśmy do wyboru jadąc na Erasmusa! Trafiliśmy tam przypadkiem :)
Starówka, to mnóstwo deptaków, kamienic, sklepików, plus praktycznie znajdująca się przy samym centrum robiąca nienajlepsze wrażenie "czerwona dzielnica". W to wszystko została zgrabnie wpleciona - ścieżka dla zwiedzających namalowana na chodniku czerowną farbą z zaznaczonymi numerami co jakiś czas.
Tuż przed wyruszeniem w drogę współlokatorka Brity pokazała nam bardzo ciekawą stronę internetową gdzie opisane są miejsca w których dobrze łapie się stopa. (Oczywiście do znalezienia w dziale linki) Wyszukaliśmy więc takie miejsce na obrzeżach Hannoveru, w kierunku Berlina. Ze strony dowiedzieliśmy się jak tam dojechać i około 14 byliśmy na cudownym parkingu. Gdy tam dotarliśmy, dwójka stopowiczów z kartką "BERLIN" akurat odjeżdżała. Pomachaliśmy im i optymistycznie zabraliśmy się za szukanie okazji. Zabrał nas grafik (Niemiec) z dziewczyną (z Singapuru). W pierwszej chwili powiedział że może zabrać tylko jedną osobę, bo przy dwóch dodatkowych zużyje za dużo benzyny a nie ma kasy akurat.
Po chwili jednak namyślił się i zabrał nas ze sobą.
W Berlinie spędziliśmy prawie dwa dni. Zwiedzanie zaczęliśmy chyba już o 8 rano :) od Bundestagu (budynku parlamentu). W ciężkiej, potężnej, żeby nie mówić topornej bryle kryje się na prawdę nowoczesna konstrukca, a wszystko to udostępnione jest zwiedzającym gratis. Kolejna była chyba Brama Brandenburska, potem futurystyczne centrum rozrywkowe, muzea, pozostałości muru berlińskiego, drzemka na ławeczce i (venga ;) dużo dużo więcej zakamarków po których włóczyliśmy się dobre kilkanaście godzin. W Berlinie zaskoczeniem były ceny... Artykuły spożywcze, bo głównie one nas interesowały były tańsze niż w poprzednio odwiedzonych miastach. Drugą niespodzianką były automaty w któych można było kupić bilety na środki komunikacji miejskiej. Nie samo ich istnienie było zaskakujące, ale to że w menu miały do wyboru język polski! (my jednak korzystali z hiszpańkiego ;) Miasto było wielkie, piękne i trafiło na moją prywatną listę miejsc w których mógłbym zamieszkać na na trochę dłużej (dop. Michał).
Do Warszawy wróciliśmy expresem. Bilety udało nam się kupić, chociaż pierwsze rozmowy z kasjerką były bardzo nieprzyjemne. Z centralnej Michał złapał pociąg na zachodnią, a stamtąd do Lublina...
Valencia -> dom cz.1
Posted by K & K
Podróż z powrotem... od początku planowaliśmy zrobić coś ekscytującego - myśleliśmy nawet o podróży autostopem z samej Walencji. Jednak cena 6euro za bilet lotniczy z Valencii do Dusseldorfu-Weeze była wystarczająco przekonywująca żeby przynajmniej połowę drogi przelecieć...
Pierwszy przystanek to oczywiście lotnisko Düsseldorf-Weeze. Wydawało się, że skoro ma w swojej nazwie nazwę miasta będzie stosunkowo blisko..otóż niekoniecznie. Dużo bliżej było najstarsze miasto Holandii położone nad rzeką Waal a nazywa się Naijmegen. W gruncie rzeczy to małe miasteczko około 160tys osób, ale jest to typowe miasto studenckie. Zresztą widać to po ulicach. Oprócz zatrzęsienia rowerów małych, dużych, kolorowych i kostropatych chodzi a właściwie jeździ po nim mnóstwo studentów. Skąd jeszcze mogliście znać to miasto. Otóż z moich źródeł dowiedziałem się, że w filmie "Szeregowiec Rayan" została przedstawiona akcja zajmowania mostów w Nijmegen z 20 września 1944, ponieważ był to jeden z najważniejszych punktów operacji Market-Garden, który stanowił ostatnią przeszkodę na drodze Aliantów do Niemiec.
Wracając jednak do naszej podróży, to jest kilka rzeczy godnych uwagi. Tydzień przed naszym wyjazdem był bardzo deszczowy, śmialiśmy się nawet, że Walencja płacze z powodu naszego wyjazdu hehe... Ogólnie było zimno i nieprzyjemnie. Cel podróży wschód - więc pakujemy kurtki, ciepłe buty żeby nie przemokły zwiedzając miasta przykryte śniegiem, ba! Michał wziął nawet czapkę, a okulary słoneczne i krótkie spodenki oczywiście zostały w szafie. Jaką niespodziankę zrobiła nam pogoda, to nawet sobie nie wyobrażacie. Już na lotnisku przywitało na ciepłe słoneczko i tak wędrowało z nami przez cały czas, aż do Polski gdzie temperatura, też była iście południowa. Ale nie ma tego złego.. przynajmniej przez brak tych okularów równomiernie się opaliliśmy, wystawiając twarz do słońca, za każdym razem kiedy czekaliśmy na autostop;) No właśnie pierwsza okazja nadarzyła sie już z lotniska. Po wędrówce na rozstajne drogi, przerwie na odpoczynek i już drugiej tego dnia pochwale dla Michała, że mówi świetnie po angielsku złapaliśmy miłe holenderskie starsze małżeństwo, które zawiozło nas praktycznie pod same drzwi, gdzie mieliśmy spędzić tę noc.
W tym miejscu należy się wam krótkie wyjaśnienie, bo nie spaliśmy w żadnych hostelach, hotelach czy tym podobne. Fantastyczny serwis couchserfingu zaopatrzył nas w dach nad głową właściwie każdego dnia podróży. Jeśli nie wiecie, co to jest (patrz dział linki) to jest to taki fajny portal. Rejestrując się, można znaleźć osoby na całym świecie, które oferują Ci swój dom jako miejsce do spania, czasem jeszcze Cię oprowadzą po mieście, zabiorą na imprezę i jeszcze dadzą coś dobrego do jedzenia;)
Taki full servis mieliśmy u naszego pierwszego podczas tej podróży i pierwszego w ogóle! Coucha a właściwie Coucherki;) Nazywała się Simone, była na ostatnim roku studiów i była bardzo ale to bardzo "strong independent women" w pełnym tego słowa znaczeniu. Krótko mówiąc ciężko jest być dżentelmenem w Holandii. Za puszczanie kobiet przodem, wstawanie przy rozmowie kiedy kobieta też stoi, lub pomoc przy robieniu obiadu, może otrzymać co najwyżej niezłą burę. Zamiast takiego miłego, sympatycznego, ciepłego uśmiechu. Pod tym względem to można powiedzieć, że holenderki na jednoosobowej próbie;) to takie trochę "Helgi";) ale tylko pod tym względem. Ponieważ jeśli krąży obiegowa opinia, że to brzydkie wielkie babska to muszę ją kategorecznie obalić! Sam byłem zdziwiony, ale chodząc po mieście moje oczy cieszyła nie tylko pięknej urody architektura...
Wszystko co piękne szybko się jednak kończy... my też musieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Następnego dnia z rana mieliśmy wyznaczony cel: Dusseldorf! Najważniejsze, że go osiągneliśmy. Co z tego, że trochę okrężną drogą, bo przez inne holenderskie miasto - Venlo położone w prostej linii około 60km na południe od Nijmegen. Mieliśmy przynajmniej okazję poznać wiele ciekawych osób. Tego dnia jechaliśmy z sympatycznym 30 letnim gościem, który organizował róznego rodzaju szeroko pojęte "oprawy" różnych kameralnych wydarzeń jako mim, ale z tego co widzieliśmy na zdjęciach to dość oryginalny mim. Później przyszła kolej na dwóch młodych holendrów w podobnym wieku jadących na jakiś szczyt państw NATO, żeby sobie poprotestować. Dodam tylko, że z tego co nam mówli jadą tam z nadzieją, że ich nie zamkną (i to się nazywają europejskie rozrywki a nie jakiś tam wypad na weekend do Ożarowa na grilla;p)/z całym szacunkiem dla Ożarowa;p. Następnie prawie złapaliśmy pana Gienka - "tirowca" ale jechał niestety trochę nie po drodze więc było grane sympatyczne młode małżeństwo również holenderskie, które dowiozło nas w końcu do tego Venlo. Stamtąd już trafiła nam się podwózka do Duisburga z młodą parką. Byli w Holandii na zakupach - myślę, że wiecie jakich... wystarczy, że powiem, że wszystko co przywieźli to jakieś 10 gramów... a z Duisburga zrójnowaliśmy się już na bilet pociągiem, ale tylko dlatego, że było już prawie ciemno a kiszki grały nam marsza bo ostatni pudełko nutelli opróżniliśmy jeszcze po drugiej stronie granicy. W ten oto sposób dotarliśmy do Dusseldorfu - naszej kolejnej bazy wypadowej...
BnO
Posted by K & K
BnO - czyli Biegi na Orientację (jeśli brałaś/brałeś udziału w takim biegu, możesz pominąć pierwszy akapit :).
Zawodnicy startują co minutę, w momencie startu dostają mapę i krótki opis położenia punktów, które muszą odnaleźć na trasie.
Pierwszym priorytetem jest znalezienie wszystkich punktów w zadanej kolejności, drugim natomiast czas przebycia trasy.
Przypadkiem na pewnej lekcji agielskiego dowiedzieliśmy się że nasz kolega z ławki jest ... uwaga ... prezydentem :D
Prezydentem sekcji biegów na orientację na UPV.
Z ciekawości zapytaliśmy o kolejne zawody i czy możemy wziąć w nich udział. Okazało się że akurat mija termin zgłoszeń na zawody w Mardycie i w Bilbao.
Nie myśląc długo ;) zapisaliśmy się. Była to dobra okazja do bliższego poznania hiszpańskich studentów, jak i zwiedzenia stolicy.
Pierwsze były zawody w Madrycie. Ok. 300km firmowym vanem politechniki, gatka szmatka, nowe słówka które przydadzą nam się podczas zawodów, przykładowe mapy z poprzednich zawodów i tak zleciała nam droga.
Zawody miały dwa etapy - dłuższy, w sobotę rano i krótszy, w niedzielę rano.
Ponieważ do hiszpańskiej federacji biegów na orientację zapisaliśmy się w ostatniej chwili, nie załapaliśmy się do normalnej kategorii wiekowej i startowaliśmy w kategorii "Open Rojo" (wśród wszystkich openów była najtrudniejsza!).
Poza tym biegaliśmy ze zwykłymi kartami startowymi, podczas gdy "normalne" kategorie wiekowe miały chipy zakładane na palec i rejestrujące przebieg trasy zawodnika. Chwilę po przekroczeniu mety można dostać wydruk z trasy z czasem jaki się miało na kolejnych punktach i czasem pomiędzy kolejnymi punktami. Jeśli gdzieś pomyliło się kolejność - odrazu było to widać. Tablica wyników jest także aktualizowana w miarę szybko.
Z bazy zawodów do lasu był spory kawał drogi ale prawie wszyscy byli zmotoryzowani, a my mieliśmy obeznanego kierowcę bo jeździł cały weekend na pamięć (mowa o koledze-prezydencie).
Lista startowa długa; z naszej uczelni kilkanaście osób, kilkadziesiąt z zagranicy (Węgrzy, Szwedzi, Francuzi, itd.).
Jak na spóźnialskich hiszpanów zawody odbywały się zgodnie z terminarzem - żadne zmiany czasu startu nie wchodziły w grę, ze szkoły także wyrzucili nas bardzo punktualnie :D.
Sobotnie popołudnie spędziliśmy włócząc się po centrum Madrytu, a raczej przebijając przez tłum, niesamowity, wszechobecny, wielonarodowy tłum.
Zwiedzaliśymy tylko kilka godzin, ale Madryt nas jakoś nie oczarował - może następnym razem...
Trasy były dość długie - ile i ile. Zgubiłem się już szukając drugiego punktu :D - Michał ... i potem jeszcze z raz, albo dwa. Widoki były cudowne - wokoło góry.
Drugie zawody odbyły się w Kraju Basków, w okolicach Bilbao; dwa razy dalej niż poprzednio. Drogę pokonaliśmy tym samym vanem z podobnym składem, ale innym kierowcą który tylko kilka razy sie zgubił :)
Dla odmiany spaliśmy nie na podłodze, ale na łóżkach, w pokojach z ogrzewaniem !!! w Orduni - pięknym miasteczku położonym w dolinie.
W sobotę rano pierwszy etap - start megadaleko od parkingu, można się rozgrzać idąc w zimnym deszczu kwadrans cały czas pod górę :D
A na górze, jak to w górach - śnieg! Nasz pierwszy śnieg w Hiszpanii!
Krzysiek całą trasę biegł w czasie śnieżycy, Michał trafił na końcówkę.
Po południu czekały nas jeszcze tylko dwa biegi: minisprint i mikrosprint - oba w centrum miasta, każdy z inną mapą.
Na pokonanie minisprintu potrzebne było ok. pół godzinki, na mikrosprint ok pięć minut :)
Zabawniejszy był oczyście mikro. Rozgrywany w samym centrum miasta, tylko na rynku, w czasie jakiegoś koncertu, pośród tłumu ludzi, na których reakcję nie było nawet czasu spojrzeć :)
Coś niesamowitego - jeden z najciekawszych biegów w moim życiu - Michał.
Startowało się czwórkami, a każda osoba miała inną trasę (kolejność). Stworzyliśmy więc czwórką złożoną ze znajomych - co by było ciekawiej.
Wieczorem kolacja po hiszpańsku (przystawki, wina, i celebracja jedzenia, w namiocie zwanym restauracją :). Bardziej męczące było chyba tylko piwo w barze, po zejściu z gór, gdy jedynym marzeniem było - pójść spać.
W niedzielny poranek mieliśmy zaplanowaną pobudkę na godz. siódmą, a potem ewakuację z pensjonatu o ósmej.
Gdy wstaliśmy o siódmej, okazało się wszyscy już wychodzą bo zmienił się czas i ukradli nam jedną godzinę gdy spaliśmy :D
Spakowaliśmy więc szybko nasz dobytek, który zdąrzył już wyschnąć po przygodzie ze śniegiem i ruszyliśmy na start ostatniego etapu.
Miejsce to samo, start jakieś dwie minuty bliżej na sąsiednim szczycie, słoneczko miło zaczynało przygrzewać. Michał planując szybki bieg po pierwsze miejsce ubrał do dresów tylko koszulkę z krótkim rękawem, dlatego śnieg a nawet grad w czasie biegu był dla niego dość bolesnym przeżyciem.
Mimo wygranej trofeum nie było :/ - może następnym razem...
W drodze do Valenci oczywiście było cieplutko a słoneczko świeciło.
Na stronie zawodów ( link ) możecie obejrzeć filmiki i jeszcze więcej fotek.
Kolejne zawody już w sobotę - tym razem jako Elita (nie ma już lepszej kategorii ;)
Las Fallas
Posted by K & K
Przychodzi wiosna, dni robią się dłuższe, cieplejsze; słońca nadal jest pod dostatkiem, a może trochę częściej pada?
Nadejście wiosny jest w Valenci obchodzone w sposób szczególny. Gdy my topimy Marzannę, oni palą falle, budują pomnik Maryji z kwiatów, codziennie odbywają się pokazy "pedard", a co noc pokazy fajerwerków.
Wszystko to zaczyna się pierwszego marca, o godz. 14.00 maskletami. Na głównym placu Valenci (Ayuntamiento) zbierają się tysiące ludzi by obejrzeć a przede wszystkim wysłuchać tego niesamowitego 'show'.
Wszystko to trwa około 20 minut. Do błysku i huku (w którym można dostrzec nawet rytm) należy jeszcze dodać dym który towarzyszy wybuchom. Jeśli ma się pecha (szczęście) wiatr może sprawić że dym zakryje cały tłum w którym się stoi.
Po pokazie na ratuszowym balkonie wśród faller* pojawia się Pani burmistrz, gra orkiestra i wszyscy śpiewają :)
Aby podczas maskletów stać w pierwszym rzędzie, widzowie zbierali się już na dwie godziny przed rozpoczęciem. Wśród nich krążyli sprzedawcy piwa (po 1 euro) co zainspirowało nas w pewien sposób.
W ostatnim tygodniu tych świąt (ostatni dzień to 19.03) na prawie każdym skrzyżowaniu montowane są falle (również po dwie - duża i mała) a nad ulicami zawisają dekoracje świetlne. Osobiście uważam że większość była obrzydliwa :D ( -Kopernik).
Wszystkie spłonął ostatniego dnia około północy, przy radości tłumów i pod okiem strażaków.
Dodatkowo prowadzona jest klasyfikacja najlepsze fallery. Aby obejrzeć 3 najlepsze z bliska postawiono specjalne ogrodzenia, za które można było wejść kupując bilet. Wokół najlepszej (i tak mi się nie podobała :D) funkconował mini-festyn, ze stoiskami z przekąskami, pamiątkami i innymi "cudami".
Po północy natomiast (o pierwszej lub drugiej) każdej nocy (przez mniej więcej 5 ostatnich dni) w wyschniętym korycie rzeki, przerobionym na ogród odbywały się pokazy fajerwerków, jakich jeszcze nie widziałem u nas nawet na Nowy Rok.
O tym że jest to czas imprez, także na ulicach wspominać chyba nie trzeba. Wolny od zajęć mieliśmy tylko otatni tydzień Fallas.
Całymi dniami na ulicach dzieci i dorośli rzucali petardy. Co nas trochę zdziwiło rodzice wyrażali na to całkowitą aprobatę, nieważne jak małe było dziecko.
Ostatni dzień Fallas był z wielu powodów wyjątkowy. W Valenci było prawdopodobnie najwięcej turystów w ciągu całego roku, a my przeprowadziliśmy nasz pierwszy "biznes" w Hiszpanii.
Poprzedniego dnia kupiliśmy w Carefourze ok. 50 puszek piwa po ok. 50 centów za sztukę. Próbę generalną przeprowadziliśmy już wieczorem, podczas wielkiego pochodu faller niosących kwiaty.
Próba była dość optymistyczna, tzn.: nie zatrzymała nas policja, nie pobiła nas konkurencja i sprzedaliśmy prawie wszystko co wzięliśmy ze sobą na tę próbę (ponad 15 puszek !!).
Współczynnik c = (ilość puszek/czas poświęcony na ich sprzedaż) może nie był najlepszy, ale w międzyczasie oglądaliśmy pochód, spotykaliśmy jednych znajomych, albo szukaliśmy innych.
Prawdziwy biznes przeprowadziliśmy ostatniego dnia Fallas, w samych centrum Valenci, wśród ludzi zbierających się na masklety. Wszystkie pozostałe puszki sprzeliśmy w przedziale czasowym obustronnie otwartym:
(13.00 ; 13:25). Wynik, naszym skromynm zdaniem - "całkiem, całkiem". Za zarobioną kasę pojechaliśmy na wakacje ... :)
* fallera [czyt. "fajera"] to kobieta (lub dziewczynka) która ubrana w piękną kolorową, tradycyjną suknię, reprezentuje daną ulicę, lub np. uczelnię. Ponieważ każda ulica na dwie fallery (dorosłą i dziecięcą) jest ich ... "skolką ugodną" (nie mam pojęcia jak sie to pisze :/ )
ps.
do działu fotki wrzuciliśmy zdjęcie z fallas.
Valencia F.C. - Dynamo Kiev
Posted by Krzysiek
Być w tu w Hiszpanii, bądź co bądź kraju, który jest aktualnym mistrzem świata, gdzie piłka nożna jest czczona bardziej niż u nas Małysz 4 sezony temu, i nie być na meczu, to trochę siara. Dlatego też zwykły mecz to było za mało. Kupiliśmy bilety na mecz w pucharze UEFA. Przeciwnikiem miało być niegroźne Dynamo Kijów z Ukrainy. Po pierwszym meczu w Kijowie (2:2), co jak na mecz wyjazdowy było bardzo dobrym rezultatem, spodziewaliśmy się, że przeprawa będzie łatwa, szybka i zobaczymy kilka ładnych bramek w wykonaniu Morientesa lub Davida Villi.
Zanim o samym widowisku – kilka słów o samym stadionie. Jest położony w centrum miasta; to wielka konstrukcja zbudowana z surowego betonu, tak, że gdyby nie wielkie wiszące na zewnątrz reklamy nie prezentowałby się zbyt pięknie. Nie można mu jednak odebrać jednej zalety – potrafi pomieścić, aż 55. tysięcy kibiców. Nie jest to może oszałamiająca liczba w porównaniu z takimi gigantami jak Camp Nou, ale jak na nasze standardy jest to naprawdę dużo. Niedługo jednak i tak Mestalla (bo taka jest nazwa stadionu) stanie się już historią i ustąpi miejsca powstającemu bardziej na obrzeżach miasta Nou Mestalla (co po Walencjańsku oznaczy „Nowa Mestalla”).
Mecz zaczął się planowo o czasie, zmagania śledziliśmy z najwyższej trybuny (Grada de la Mar). Wszystko szło zgodnie z planem aż do strzału Kravetsa, i 1:0 dla Dynama. Po tej bramce korzystny dla Valencji wynik stanął pod znakiem zapytania. Zresztą wcale nie dziwne, bo gospodarze zamiast biegać truchtali jak na treningu, a grali tak jakby mali kosmici w „Kosmicznym meczu” zabrali im wszystkie umiejętności. W tym czasie postanowiliśmy pozwiedzać stadion, bo prezentował się w tym momencie ciekawiej, niż to co dzieje się na boisku. Przeszliśmy na sąsiednią trybunę, za bramkę i jak na złość w tym czasie padła bramka dokładnie po drugiej stronie boiska. Koniec końców mecz skończył się wynikiem 2:2, który premiował awansem drużynę przyjezdną. Możecie się domyślać, że wszyscy opuszczali stadion w nienajlepszych humorach (poza Ukraińcami oczywiście).
Tutaj warto dodać jedną dygresję. Jak już mówiłem ze wszystkich sportów w Hiszpanii piłka kopana jest zdecydowanie na pierwszym miejscu, jednak można odnieść wrażenie, że do pewnego etapu jest zupełnie niezauważana. To znaczy, że dopóki drużyna nie gra w ścisłym finale, jest to prawie że obojętne z kim, gdzie i kiedy będzie grała. Nie wynika to jednak z tego, że jako temperamentni południowcy Hiszpanie potrzebują naprawdę wielkich emocji. Wydaje mi się, że to raczej dlatego, że uważają awans swojej jedenastki do finału za coś tak normalnego i oczywistego, że nie warto tego nawet oglądać. Może się mylę, ale jako przykład powiem tylko jak następnego dnia rozmawiałem z hiszpańskim kolegą. Jak powiedziałem, że Valencia nie awansowała do następnej fazy był tak zdziwiony, że następne pół wykładu spędził szukając wywiadów i wiadomości na ten temat – gdyby nie ja chyba nawet by nie wiedział, że wczoraj był jakiś mecz.
My jednak niezrażeni porażką poszliśmy spróbować wziąć autografy od piłkarzy. Po meczu więcej osób czekało na ukraiński zespół, więc autografy zawodników Valenci FC można było zdobyć bez problemu, pod warunkiem, że stało się pod właściwym wyjściem :D
Pamiątkowe zdjęcia z piłkarzami, których nazwisk nie znaliśmy (rozpoznaliśmy tylko Morientesa) i od razu zapomina się, że przegraliśmy mecz.
ps.
w dziale linki wrzuciliśmy kilka ... linków.